leeloo napisał(a):
Sever napisał(a):
Leeloo, a ja w ramach podsłuchiwania publiczności po koncercie usłyszałam jak pewna rozentuzjazmowana dziewczyna zapowiadała się chłopcom na koncert w Zabrzu.

Nie? Dwa koncerty dzień po dniu?

To musiała być jakaś desperatka.

No właśnie! Zupełnie nie nie rozumiem tych fanek, żeby tak raz za razem, dzień po dniu... istne nimfofanki.

Swoistego rodzaju nimfofanizm dotyczy większej ilości osób, chyba sporo dziewczyn z forum, jeśli tylko mogło zrobiło sobie duo, a nawet trio koncertowe, nawet, jeśli się do tego głośno nie przyznaje.
Po występie AF w Zielonej Górze odczuwałam ewidentny niedosyt, odnosiłam wrażenie jakby przewinął mi się na przyspieszeniu film, a ja nie potrafiłam pozbierać swoich wrażeń. Za dużo, za szybko, nazbyt barwnie i dźwiękoczule. I w sumie gdzieś obok. Z koncertu w Zielonej Górze najbardziej zapamiętałam "Sound of silence". Czekałam na sceniczne wykonanie tego utworu, brzmi on, co prawda, nieco inaczej niż na płycie, ale posiada ową magię i to, co napisałam kiedyś i niemal to samo na koncercie powiedział Jarek ten utwór to wspomnienie dzieciństwa i jest w nim pewna nieskalana czystość nie tylko ciszy, intencji i brzmienia. Na koncercie zachwyca subtelność wykonania i barwa głosu Marka.
Jeśli chodzi o "Fantasy” dla mnie jest utworem, który w moim odbiorze chyba lepiej zabrzmi na płycie, teraz w natłoku innych znacznie bardziej ekspresyjnych wrażeń ginęło. Dopiero we Wrocławiu wsączyło się w obszary emocjonalnego odbioru, a zaśpiewane niżej niż oryginał nie raziło sztucznością. Ja zdecydowanie wolę w męskim wykonaniu utwory niewypiszczane falsetem.
"How could it be" należy właśnie do tej kategorii, coraz lepiej dopracowane przez panów, a Michał jest w nim rewelacyjny i mój obiektywizm wyłącza się wtedy całkowicie, a zbliżenie do siebie wykonawców, zacieśnienie półokręgu potęguje tylko wrażenie, że jest się świadkiem czegoś wyjątkowego.
Kolejne utwory.... Hmm.... Od razu powiem, że nie jestem miłośniczką przystojnego Justina i „What goes around" w oryginale nie robi na mnie absolutnie żadnego wrażenia, a tekst piosenki jest niemal żałosny w swej głębi. Interpretacja AF czyni rzecz zupełnie odwrotną, z takiej se pioseneczki z fajną, powtarzalną linią melodyczną czyni arcydziełko. Trochę osób pisało o dopracowaniu elementów choreograficznych w występie panów, dla mnie ten powtarzalny, w sumie nieznaczny ruch dłonią, jest idealnym dopełnieniem wokalu. Czasami ciekawy efekt uzyskuje się przy bardzo minimalnych środkach. Natomiast ostatnia minuta utworu unosi AudioFeels, to wrażenie jest niesamowite, gdy odkładają poszczególne instrumenty i powracają do tradycyjnego chóralnego śpiewu. W zasadzie w żadnym utworze nie słyszy się ich śpiewających razem, a tu wraz z włączeniem kolejnego głosu ja przynajmniej odczuwam jak rosną. Dzięki oświetleniu i ustawieniu wrażenie staje się niemal fizyczne. Ta końcówka daje chyba odbiorcy jeszcze silniejszą ekspresję emocjonalną, niż ta, która jest zawarta w NEM i w tym momencie koncertu nie mam najmniejszych wątpliwości, że mam przed sobą silnych, śpiewających mężczyzn, a nie słodko brzmiących chłopaczków.
Nie będę opisywała mojego odbioru pozostałych utworów. Całościowo koncert, jako spójny konstrukt, bardzo dobrze przemyślany, pod wieloma względami, począwszy od oświetlenia, dynamiki, wkręcania odbiorcy w interakcjowanie, po walory taneczno- odzieżowe panów.
Chociaż w czasie koncertu najwięcej jest wokalnie i werbalnie Marcina, to nie on zbiera najgłośniejsze brawa. Odnoszę wrażenie, że illuk pełni funkcję swoistego rodzaju bazy podstawowej, to takie duże chłopisko z silnym, ale stonowanym głosem, na który można resztę nadbudować, w górę, w dół w poprzek. Drugim filarem, ukrytym niemal zawsze w półcieniu, jest Kitek. Nie sposób też nie docenić tego mrukliwego, uszkadzającego psychikę co wrażliwszych odbiorców, basu. Reszta to już finezja, zabawa dźwiękiem, choćby syntetyzatorem i rewelacyjne popisówki instrumentalne Jarka, Bartka, Marka czy wokalne Szajka.
Każdy wnosi coś wyrazistego indywidualnego, niepowtarzalnego. Nie mam wątpliwości, iż wynika to nie tylko z walorów głosowych, ale chłopcy sprzedają nam również cząstkę swojej osobowości, każdy z nich ma na siebie na scenie wyraźny pomysł. Tylko Michał Stec jest jeszcze w pewien sposób 'niezagospodarowany', dlatego najmniej widoczny na koncercie, a szkoda... Panie Stec, czas odnaleźć siebie.
Kiedy śpiewają, kiedy stoją na scenie, przekazują swoją muzykę, emocje, energię odbiorcom nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że są wtedy tą lepszą cząstką rzeczywistości. I ja to kupuję, bez zastrzeżeń.